wtorek, 12 sierpnia 2014

Rozdział VII

Siedział na fotelu i opróżniał już drugą butelkę whisky. Złość jaka od niego emanowała rozciągała się w promieniu kilkunastu kilometrów. Jak się dziwić? Przecież zawalił, poległ na całej linii. On – Tyler Lockwood zaprzepaścił swoją szansę na zdobycie władzy. Zadanie jakie otrzymał nie było trudne. Gdyby tylko w tamtym momencie oglądnął się i zaczekał aż samochód Salvatorów przejedzie. Wszystko by się ułożyło. Gniew i upojenie alkoholowe dawały o sobie znać. Złapał on butelkę w dłonie i z całej siły uderzył o ścianę motelowego pokoiku. Nie mógł sobie przebaczyć, bo gdyby Nathaniel teraz go gdzieś zobaczył, byłoby po nim. Złapał się za głowę, usiłując wymyślić cokolwiek, co naprawi jego położenie. Tylko co? Nie chciał być, jak jego dziadek. To on spowodował, że rodzinę bruneta usunięto z organizacji. W ich żyłach od zawsze płynęła chęć uzyskania całkowitej kontroli. John Lockwood popełnił błąd, który ich sporo kosztował. A mężczyzna nie chciał być taki jak on. Chwiejnym krokiem podszedł do okna i patrzył przez nie na ruchliwą ulicę. Miał tylko zabić Elene. Tylko? Czy tak naprawdę byłby w stanie zabić swoją dawną przyjaciółkę. Potrząsnął głową, nie ona niebyła już dla niego kimś bliskim, nigdy niebyła. Jest wrogiem, a ich trzeba się pozbywać. Tok myślenia jaki przybrał chłopak był niepoprawny, wręcz chory. Znów przed jego oczami pojawił się obraz byłej dziewczyny. Caroline Forbes. Na twarzy pojawił się uśmiech. Wiedział co musi zrobić.

Tym razem blondynka obudziła się bardzo wcześnie. Zamknęła jeszcze oczy na chwilę, bo być może sen znów by ją ogarnął. Niestety, tak się nie stało. Usiadła więc na łóżku zastanawiając się co może zrobić. Klaus na pewno jeszcze śpi. Wczorajszego dnia po ich krótkiej rozmowie zaszyła się w pokoju. Ten przyszedł do niej i spytał, czy wszystko w porządku. Ale ona tak naprawdę nie wiedziała, jak się czuję. Niby nic się jej tu nie dzieje, wydaje się, że jest bezpieczna, no ale przecież nawet nie wie po co i dlaczego się tutaj znajduje. Caroline podeszła do szafy, z której po chwili wyjęła szare dresy i bluzę w tym samym kolorze. Założyła czarną bokserkę i trampki. Chciała iść pobiegać, kochała to. Wybrane buty, nie należały do najodpowiedniejszych do takiego sportu, ale nic innego tutaj nie miała. Spięła włosy w kucyk i po cichutku wyszła z sypialni. Zeszła po schodach i zachowując spokój otworzyła drzwi wyjściowe. Wyszła, a pogodę jaką zastała bardzo polubiła. Nie świeciło słońce. Niebo było zachmurzone ale odpowiadało to dziewczynie. Nie zważając na nic ruszyła prosto przed siebie.

Salvatore wchodził do kuchni, w której zauważył już siedzącego brata. Bawił się urządzeniem namierzającym i mimo, ze wiedział iż go spostrzegł to nie podniósł głowy. Nalał sobie herbaty do ogromnego kubka i usiadł naprzeciwko.
- Co robisz? – zagadnął. Brunet wyglądał dużo lepiej od wczoraj. Sen zregenerował siły.
- Próbuję namierzyć Bonnie. – nacisnął jakiś przycisk, który na nowo uruchomił maszynę. – Ale nic nie mam. – teraz wreszcie popatrzył na  brata.
- Myślę, że powinniśmy pojechać tam gdzie znaleźliśmy Elenę. Być może zastaniemy tam cokolwiek. Jakieś wskazówki. – pociągnął kolejny łyk napoju wpatrując się w Damona. Domyślał się jakie pytanie zada.
- A co z nią? – ruchem głowy wskazał na drzwi, za którymi spała szatynka. – Teraz nie możemy jej zostawić samej. – pewnym głosem powiedział.
- Wiem, ale Liz na pewno przyśle tutaj kogoś, kto z nią zostanie. – powiedział.
- Wydaję Ci się dobrym pomysłem, że zostawimy ją z nieznaną osobą? Ona nawet nie wie co do końca się wydarzyło. To nie jest dobry pomysł Stefan. – odparł, kręcąc głową.
- To co innego zrobimy? Musimy odnaleźć Bonnie. To z nią nie mamy kontaktu od dłuższego czasu. Ty jesteś mi potrzebny, nie możesz z nią zostać. – powiedział niemal z wyrzutem. Damon miał tego świadomość, że przecież nie może się nią opiekować, mimo że tego chciał. Miał inną koncepcje, ale zdawał sobie sprawę, że ona się nie spodoba się bratu.
- Nie mówię o sobie, ani o Tobie. Znam kogoś, kto nie ma o niczym pojęcia a zna Elenę i myślę, że z chęcią z nią zostanie. – zamilkł na chwilę a Stefan przeczuwał już co za chwilę usłyszy. – Rebekah. – Mężczyzna popatrzył błędnym wzrokiem. Nie mógł pozwolić by w całą sytuacje wplątała się jego dziewczyna. Zależało mu na niej, więc nie chciał jej narażać. Ale wiedział, ze kiedyś będzie musiał powiedzieć jej prawdę o sobie.
- Nie – odpowiedział. – Nie chcę jej w to mieszać Damon.  – skomentował. Ale starszy Salvatore się nie poddawał.
- Stefan, posłuchaj. – rozpoczął – Nathaniel pewnie wie, że my teraz strzeżemy jej jak oka w głowię. Elena ma amnezje, nic nie pamięta. Rebekah będzie jej przypominać, opowiadać a mimo wszystko mamy pewność że nie wygada się o organizacji, ponieważ nie ma o tym pojęcia.
- Nie – od razu znów zaprzeczył blondyn.
- Cholera Stefan! – wściekł się już brunet . – Masz zamiar zawsze ją okłamywać? A co jeśli się sama dowie? Znienawidzi Cię. – Jego brat miał świadomość, że Damon ma racje. Tak, czy inaczej będzie jej musiał o wszystkim powiedzieć. Niechętnie ale zgodził się.
- Dobra. – zapadła chwila milczenia. – Ale jeśli się jej coś stanie nie daruję sobie tego. – to mówiąc odłożył szklankę na blat stołu i ruszył w kierunku wyjścia. Mężczyzna wiedział, że jest to trudne zadanie dla brata. Traktował blondynkę poważnie. To było jedno z lepszych wyjść i muszą je zastosować. Wcisnął jeszcze raz próbę namierzenia telefonu mulatki. Tak jak się domyślał, odpowiedź była negatywna.

Patrzyła na swoje odbicie w lustrze. Jej włosy były w strasznym stanie. Chciała w jakiś sposób doprowadzić je do ładu po nocy. Gdy widziała się w tych dresach i podkoszulku na ramiączkach, coś ją trafiało. Tak dawno nie miała okazji by porządnie o siebie zadbać. Ubrać coś ładnego. W tym nie czuła się atrakcyjnie. Tylko pytanie: Dla kogo chciała się tak czuć? Odpowiedź nasuwała się sama. Mulatka pokręciła głową odrzucając te myśli od siebie i karcąc się za nie. Nie, nie i nie! – pomyślała. Owszem, Kol był przystojny i pociągający, ale nadal był jej porywaczem. To nie jest miejsce na miłości. Musi się stąd wydostać. Bała się jedynie pojawienia Nathaniela. Jak na razie jeszcze jej nie odwiedził, co bardzo ale to bardzo odpowiadało dziewczynie. Rozczesała i rozpuściła swoje ciemne włosy. Skoro już wygląda jak wygląda, to niech chociaż one pozwolą się jej czuć lepiej. Wyszła z toalety i podeszła do stołu, na którym leżały przyniesione magazyny, książki i płyty. Kola od wczorajszej rozmowy nie widziała. Zignorowała kolejne myśli o nim i postanowiła, że tym razem przesłucha krążek Bon Jovi. Uwielbiała ich piosenki, więc natychmiast załączyła go. Sama usiadła na łóżku i zaczęła przeglądać jakiś magazyn, który w ogóle ją nie ciekawił.

Przetarł zaspane oczy i podniósł się do pozycji siedzącej. Pogoda za oknem nie była zachwycająca. W domku również było chłodno. Odchylił więc kołdrę, i wstał, dotykając bosymi stopami o zimną podłogę. Nieprzyjemne uczucie. Zignorował to i podszedł do szafy. Założył białą koszulkę a na nią bordową bluzę. Zimno owiało jego ciało. Podszedł do szafki na której znajdował się jego telefon komórkowy. Było wcześnie. Otworzył więc drzwi z myślą, że kobieta na pewno śpi. Przypomniał sobie ich małą wymianę zdań, wcześniejszego dnia. Caroline go intrygowała. Tak jakby poznała się na nim, o nic nie pytała. Nie była przestraszona, walczyła o swoje. Nigdy nie poznał jeszcze takiej kobiety, może dlatego, że rzadko kogokolwiek do siebie dopuszczał. Był zamknięty, a przy niej czuł się swobodnie. Mimo dystansu jakim obdarzał innych ludzi, tak naprawdę bał się zranienia. Podszedł do schodów i już miał zamiar zejść. Chciał zrobić śniadanie, może to poprawiłoby jego relacje z dziewczyną. Lubił ją. Lubił się z nią kłócić. Coś jednak zatrzymało go. Przypomniał sobie, jak był u niej po klucze gdy spała. Wyglądała wtedy tak niewinnie, tak beztrosko. Ogarnęła go chęć ponownego zobaczenia takiego widoku. Udał się więc pod jej pokój. Delikatnie złapał za klamkę od dużych drewnianych drzwi. Gdy się uchyliły wolnym i cichym krokiem znalazł się wewnątrz. Szafa była otworzona a łóżko niezasłane. Panował lekki chaos. O tym, że dziewczyna jest małą bałaganiarą przekonał się, gdy był po jej rzeczy w mieszkaniu w akademiku. Teraz jednak skupił się na tym, dlaczego nikogo tutaj nie zastał. Czy możliwe że już wstała i jest w kuchni? Zbiegł po schodach, niestety w jadalni również jej nie było. Podążył  do salonu. Pustka. Poczuł jak adrenalina zaczyna wzrastać a z nią i strach.
- Caroline? - krzyknął. Nikt mu nie odpowiedział. W domu panowała denerwująca cisza. Być może była w łazience, nie słyszał nic gdy był u niej w pokoju ale mógł nie zauważyć. Jeszcze raz wszedł do jej pomieszczenia a następnie zapukał do drzwi łazienki. Były otwarte a wewnątrz nie znalazł jej. - Caroline ?- zawołał jeszcze raz. Nie możliwe by podczas jego snu została porwana, lub uciekła. Nie była na tyle głupia. Wie że jest w niebezpieczeństwie. W kilka sekund znalazł się w swoim pokoju i spodnie od pidżamy zamienił  na czarne jeansy. - Caroline, gdzie jesteś? - próbował, ale żaden dźwięk mu nie odpowiadał. Wyszedł z domu. Chciał sprawdzić okolicę, może poszła się jedynie przewietrzyć. Może jest w ogrodzie? Nie myśląc o niczym innym ruszył w jego stronę. Bał się. Nie o to, że nie czuwał dostatecznie dobrze nad nią. Bał się o nią, o to że może się jej coś stać. 


Nabrał powietrza do płuc a następnie bardzo wolno je wypuścił. Zebrał się w sobie i zapukał do drzwi przed, którymi właśnie stał. Mijało kilka sekund a nikt nie otwierał. Zapukał jeszcze raz. Usłyszał zbliżające się kroki a następnie drzwi uchyliły się i w progu ujrzał swoją dziewczynę. Rebekah miała na sobie jeansy i białą koszulę, która z tyłu była dłuższa, na nogach koturny a w ręce torebkę. Włosy jej jak zawsze opadały na ramiona tworząc lekkie fale. Uśmiechnęła się na jego widok i wpuściła do środka. Następnie podeszła i pocałowała go. Chociaż Stefan przyszedł tutaj z misją i aby prosić ją o pomoc, to oddał pocałunek. Pozwolił sobie na chwilę rozkoszy, na odpłynięcie. Nie był on długi ale namiętny. Gdy już oderwała się od niego, na jego ustach również pojawił się uśmiech. Niestety szara rzeczywistość dała o sobie znaki i blondyn wiedział, że musi powiedzieć Bece o wszystkim. Albo jak na razie przynajmniej o amnezji Eleny.
- Rebekah – rozpoczął, a uśmiech momentalnie zszedł mu z twarzy. Wyczuła, ze coś jest nie tak ale nie przerwała mu, czekała w spokoju na to co jej powie. – Stało się coś złego. – znów umilkł, widząc że dziewczyna wlepia w niego nieco już przestraszony wzrok kontynuował. – Elena… Ona.- nie umiał jej tego powiedzieć. Zdenerwowała się jeszcze bardziej.
- Co Elena? – zapytała trochę z wyrzutem, nie lubiła gdy ktoś nie mówił prosto o co chodzi, to tylko wzbudzało napięcie.
- Elena miała wypadek. – odpowiedział, a dziewczyna zakryła ręką usta. – Ale to nie wszystko.- te słowa uderzyły w nią jeszcze bardziej, miała nadzieję, ze nie usłyszy zaraz najgorszego.
- Czy ona ..? – spytała ale on jej natychmiast przerwał.
- Nie, nie. Ona żyje – sprostował od razu a dziewczyna czuła jak lekko opuszcza ją napięcie. – Żyje – powtórzył. – Tylko, ze straciła pamięć. – Oczy jej się rozszerzyły i błędnym wzrokiem wpatrywała się w swojego chłopaka.
-Ale jak to? – nie mogła w to uwierzyć. – Żartujesz sobie tak? – spytała z nadzieją, bo gdyby tak była to zamordowałaby Stefana w tym oto miejscu.
- Niestety. – powiedział poważnie. –Elena ma amnezje i niewiadomo kiedy odzyska wspomnienia. Czy w ogóle je odzyska. – Kobieta nie wiedziała jak ma się odezwać. Owszem wiedziała, że dziewczyny wyjechały do swojego rodzinnego miasta i trochę ją zastanawiało czemu się do niej nie odzywają.  Mimo to takich informacji nigdy nie chciała usłyszeć. Ciszę znów przerwał mężczyzna. – Jesteś nam potrzebna, ktoś musi z nią zostać w domu. Ja i Damon jesteśmy potrzebni..- plątał się – znaczy się musimy jechać na komisariat złożyć zeznania. – Dziewczyna oparła się o blat stołu, musiała to wszystko przetrawić.
- Jaki wypadek? – zapytała.
- Samochodowy. Ona… - szybko myślał nad sensowną wymówką. – Ona wjechała w drzewo. – skłamał.
- Jeju. Dlaczego ja o niczym nie wiedziałam, gdzie ona jest? – ręce zaczęły się jej trząść.
- U mnie w mieszkaniu. – odparł.
- Jedźmy! – rzuciła szybko i podążyła w kierunku drzwi. – Muszę się z nią zobaczyć. – Blondyn ruszył zaraz za nią. Wyszli, a ona szybko przekręciła klucz w drzwiach. 

Zmęczenie powili dawało jej o sobie znać. Zwolniła, pot spływał po jej zaróżowionym policzku. Przyroda jaka ją otaczała była przepiękna i mimo, że dziewczyna chciałaby tutaj przesiedzieć jeszcze długi czas to zawróciła. Czuła się wspaniale. Bieg zawsze ją relaksował, pozwalał oderwać się od problemów. Był dla niej jak oczyszczenie. Zastanawiała się, czy Mikaelson już wstał. Miała cichą nadzieję, że tak nie jest. W oddali mogła już zauważyć kontury domu. Teraz kiedy było widno, spokojnie mogła stwierdzić, ze jest przepiękny. Musiała się, przed sobą przyznać, że o takim czymś właśnie marzyła. Był oddalony od innych, przez co dziewczyna czuła prywatność. W dodatku piękny ogródek. Kwiaty były jej miłością. Dokładnie tak zawsze wyobrażała sobie swoją przyszłość. Krok za krokiem zbliżał ją do budynku. Wtem zauważyła jak jakaś postać wybiega z domu. Najprawdopodobniej coś krzyczy a następnie rusza aby obiec dom. Dokładnie wiedziała kim jest. Nie cieszyła się z tego co widzi. Momentalnie jej nogi przyśpieszyły. Klaus nie spał już. Oznaczało to jedno. Ma kłopoty. 
W ogródku nikogo nie zastał, obiegł dom ale tam również nic podejrzanego nie zauważył.
- CAROLINE?!- krzyczał ile miał sił, odpowiadały mu jedynie śpiewy budzących się ptaków. Jeśli została porwana, jest prawdopodobieństwo, że nie oddalili się za bardzo. Dosiadł swój motocykl i w chwili, w której miał już go odpalać ujrzał blondynkę, biegnącą dróżką w jego stronę. Czuł jak całe zdenerwowanie go opuszcza. On również zaczął iść w jej stronę. Początkowo, nadal myślał że ktoś był i ją porwał a ona mu uciekła, lecz kiedy przyjrzał się jej strojowi zrozumiał, że było to raczej zamierzone. Zmniejszali odległość od siebie a na twarz blondyna wpływał gniew i złość. Kiedy miał już pewność, że go usłyszy zawołał.
- Caroline! – zwolniła tempa, aby nabrać powietrza. Był wkurzony. Ba! Był wściekły. – Gdzie ty do cholery byłaś?! – wydarł się tak, że jedynym plusem było to, że nikt wokół nie mieszkał. Miała już opuścić głowę i przeprosić, ale coś w środku jej na to nie pozwoliło. Zadarła więc ją do góry i pewnym głosem, z takim samym zarzutem mu odpowiedziała.
- Byłam tylko pobiegać, o co ci chodzi Klaus? – nie mógł uwierzyć, że to powiedziała. Podszedł jeszcze bliżej i zacisnął dłonie w pięści.
- O co mi chodzi?! – sarkazm w jego głosie był tak wyczuwalny, że chyba nie dałoby rady go nie zauważyć. – Caroline, do diabła. – zaklął. – Miałaś nigdzie nie wychodzić. Jesteś w niebezpieczeństwie. Nawet sobie nie zdajesz sprawy jak wielkie ono jest. A ty sobie po prostu idziesz pobiegać. – krzyczał wymachując przy tym rękami. Nie mógł uwierzyć, że go nie posłuchała. – Posłuchaj. – rozpoczął ostro.  Ogarnęło ją poczucie winy, szybko je odsunęła na bok i przerwała mu.
- Nie Klaus. To ty mnie posłuchaj. – zbliżała się do niego, teraz to jej oczy przepełniły się wściekłością. – Nie masz prawa być na mnie zły. – wysyczała. – To ja siedzę tutaj i nie mam pojęcia co się dzieje. Nie wiem co z moimi przyjaciółkami, z mamą, ze Stefanem. Nic.
- Caroline – jego ton lekko złagodniał, ona jednak nie zauważyła tego.
- Jeśli Ci się wydaje, że jestem z tego zadowolona to się mylisz. Nie masz prawa mnie oceniać. – powiedziała a następnie wyminęła mężczyznę i ruszyła w kierunku wejścia. Będąc na schodach usłyszała ten głos z brytyjskim akcentem.
- Gdybym mógł, to bym Ci o wszystkim powiedział. – zbliżał się do niej.  Nie chciał jej odpuścić. On nigdy nikomu nie odpuszczał i nie zmieni tego jakaś dziewczyna. – Niedługo się tego dowiesz. Teraz jednak masz mnie słuchać i kiedy mówię, że nie wychodzisz to nie wychodzisz zrozumiałaś? – był bardzo blisko niej. Patrzyli sobie w oczy, i żadne z nich nie chciało oderwać wzroku. Wreszcie blondynka odwróciła się i wbiegła po schodach do pokoju. Jak ja go nienawidzę! – pomyślała.

Brunet co chwilkę zerkał na dziewczynę, która jadła teraz posiłek. Ona też mu się przyglądała, ale żadne z nich nie rozpoczynało rozmowy. No bo o czym można mówić, kiedy jedna ze stron nie pamięta kompletnie nic? Trochę jej opowiedzieli, chociaż dziewczyna i tak nic nie przypominała sobie. W kuchni było słychać tylko tykanie zegara. Ta cisza ją krępowała. Postanowiła to zakończyć.
- Damon. - jego imię w jej ustach brzmiało tak lekko, zwrócił spojrzenie w jej stronę. - Kim ty w ogóle jesteś? - może innych te słowa by śmieszyły, ale oni nie widzieli w tym nic zabawnego. To było wręcz przerażające.
- Jestem bratem Stefana - zaczął. - poznaliście się tutaj na studiach. Na ostatniej imprezie dołączyłem do was, ponieważ jestem na delegacji. - musiał kłamać, ale nie mógł jej teraz wszystkiego wyjawić. To by było dla niej za dużo. Pokiwała głową na znak, że rozumie a jej oczy zaszły łzami. Zauważył to, przez co momentalnie ujął ją za dłoń i spojrzał w oczy. Jej ciało przeszedł prąd, impuls. On też to poczuł. Dopiero po kilku sekundach powiedział.
- Odzyskasz pamięć, obiecuję. - szepnął, ale sam fakt, że to on je wypowiada sprawił że w nie uwierzyła. Skoro i tak tu siedzą a ona nic nie pamięta, to zadanie pytanie jakie chodziło jej po głowie, wydawało się dziewczynie nie najgorszym pomysłem. On odsunął się od niej. Wciągnęła powietrze i w końcu się odezwała.
- Czy my... - czuła się jakby teraz jeszcze zapomniała słów,widziała wpatrującego się w nią mężczyznę. Zebrała się w sobie i dokończyła. - Czy między nami coś było? - głos lekko jej zadrżał. Sens słów zdumiał nieco Damona. Nie spodziewał się, że ona tak bezpośrednio o to zapyta. Uciekł od niej wzrokiem, ale po przemyśleniu odpowiedzi znów na nią spojrzał. Chciał odpowiedzieć. W tym też momencie, drzwi otworzyły się z hukiem a w pomieszczeniu pojawiła się para. Blondynka natychmiast rzuciła się w stronę Gilbert mocno ją tuląc. Mimo, że nie miała ona pojęcia kim jest to oddała uścisk. Skoro Stefan tu z nią przyszedł, znaczy że się znają.
- Elena, jak się czujesz? - zapytała, patrząc w oczy swojej koleżance ze studiów.
- Już jest w porządku. - powiedziała, po tych słowach nastąpiła znów cisza. Dziewczyna chwilę się wahała, ale w końcu zadała nurtujące ją pytanie.
- Elena, czy ty mnie pamiętasz? - z wyczekiwaniem wpatrywała się w szatynkę, ta przełknęła ślinę i pokręciła przecząco głową.
- Nie. - odpowiedziała cicho. - Niestety. - w oczach blondynki zaiskrzyły łzy. Nie czas teraz na to - pomyślała. Uśmiechnęła się do niej smutno i odparła.
- W takim razie muszę Ci przypomnieć. - mimo napiętej atmosfery Elena również się uśmiechnęła. Mężczyźni, którzy byli w tym pomieszczeniu nic się nie odzywali. Być może czekali, na moment w którym Gilbert wykrzyczy : "Tak, tak Rebekah, pamiętam Cię". Tak się jednak nie stało. W końcu Stefan zabrał głos.
- My musimy iść. Mam nadzieję, ze się dogadacie. - odpowiedział i ruchem głowy wskazał na brata. Ten też się ruszył i podszedł do wieszaka na którym spoczywała jego czarna skórzana kurtka. Ujął ją w dłoń i na koniec dodał.
- Nigdzie stąd nie wychodźcie. Powinniśmy niedługo wrócić. - kończąc wyszedł, zamykając po sobie drzwi. Dziewczyny zostały same w pomieszczeniu.


Po raz piąty tego dnia nacisnęła na magnetofonie przycisk, żeby wrócić do jednej z jej ulubionych piosenek. Always rozbrzmiewało teraz po pokoju. Znów usiadła na łóżku, odrzucając włosy w tył. Przeglądała kolejny nic nie warty magazyn. Mikaelsona nie było dziś cały dzień. Rozpoczynał się refren, nie myśląc dużo zaczęła śpiewać wraz z zespołem.
- And I will love you, baby – Always – W tym momencie drzwi otworzyły się i w pomieszczeniu pojawił się długo nieobecny Kol. Dziewczyna jednak nie zauważyła tego, ponieważ tak bardzo była pochłonięta muzyką. Uśmiechnął się i zaczął do niej podchodzić. Ona kontynuowała, nadal nieświadoma obecności mężczyzny. - And I'll be there forever and a day - Always .
- No ładnie, ładnie – dziewczyna wzdrygnęła się na dźwięk słów. Przestraszył ją, w dodatku nie wiedziała odkąd on tutaj był i ile słyszał. Zarumieniła się.
- Kol. – popatrzyła na niego, a on uśmiechał się od ucha do ucha.
- Nie mówiłaś, że masz taki ukryty talent. – powiedział a ona poczuła się głupio. Że też teraz musiał tutaj wejść. - pomyślała
- Nie śmiej się. – powiedziała ostro. On podszedł do niej i usiadł z nią na łóżku.
- Nie śmieje się. Mówię poważnie. – popatrzył w jej oczy. – Masz naprawdę ładny głos. A w dodatku dobry gust muzyczny. – na koniec zaśmiał się i dziewczyna do niego dołączyła.
- Uwielbiam ich! A tę piosenkę w szczególności, przypomina mi… - w ostatniej chwili ugryzła się w język. Nie będzie przecież zwierzać się jakiemuś mało znanemu mężczyźnie.
- Co ci przypomina? – zapytał a ona nie odzywała się, czekał w spokoju aż wreszcie mu odpowie.
- Nic szczególnego. – chciała uciąć temat. On jednak na to nie pozwolił.
- Skoro już zaczęłaś to kontynuuj. – uśmiechnął się, jak dla Bonnie w sposób uwodzicielski. Odrzuciła te myśli i doszła do wniosku, że trudno powie mu.
- Pewnie się będziesz śmiał. – rozpoczęła a on wyczekiwał dalszej części. – Przypomina mi bal maturalny i pewien taniec. – powiedziała trochę zagadkowo.
- Pewien taniec mówisz. – zastanawiał się nad jej słowami. – Zgaduję, że z pewną ważną osobą. – popatrzyła na niego nie wierząc  jak szybko ją rozbroił. W sumie nie śmiał się. Wydawało jej się, ze będzie zanosił się od chichotu jak pomyśli jaką głupią była licealistką, że pamięta jakąś piosenkę z balu. Było inaczej. Skinęła głową, na znak że ma racje.
- Kim on był? – zapytał. Zawahała się na chwilę. Ale skoro powiedziała A to musi powiedzieć B.
- Sam. Był moim chłopakiem ale szybko się zaczęło i szybko skończyło. – odpowiedziała nie patrząc mu w oczy. – Poznał inną dziewczynę więc zakończyliśmy naszą znajomość. – dodała już zimniejszym tonem.
- Kochałaś go? – padło kolejne trudne pytania. Po co mu to wiedzieć? Chciała coś w tym stylu mu odpowiedzieć ale zrezygnowała.
- Nie wiem. – popatrzyła na Kola. – Chyba nie. Byłam w nim zadurzona ale nie zakochana. Nie było tego czegoś. – piosenka powoli dobiegała do końca. Nastała między nimi cisza. Przerwał ją szatyn.
- Pamiętasz jak mówiłem Ci, że mam wiele zalet? – zapytał, a ona popatrzyła na niego zdziwionym spojrzeniem. Podszedł do radia i na nowo puścił piosenkę.
- Taaak.. – przeciągnęła to słowo nie będąc do końca pewna co on ma na myśli.
- No więc widzisz. Jedną z nich jest to, że jestem bardzo dobrym tancerzem. – to mówiąc podszedł do dziewczyny i wyciągnął rękę w geście zaproszenia. Pokręciła głową śmiejąc się.
- Żartujesz, tak ? – zapytała z uśmiechem.
- Tym razem nie. – odpowiedział jej. Mimo obaw jakie miała, to wstała i podeszła do mężczyzny.
- Na balu wyglądałam trochę lepiej. – zaśmiała się.  – Chociaż kto wie. Być może następnym razem włożę dresy. – on również się zaśmiał.
- Wyglądasz pięknie. – powiedział jej. Poruszali  się nieśmiało w rytm muzyki. Okręcił ją kilka razy. Słyszała to co powiedział, ale zignorowała to, gdyż była pewna że powiedział to w formie żartu.
- Tak. Te dresy są takie stylowe. – na te słowa obydwoje się zaśmiali. Znów wykonała obrót pod jego ręką, a zaraz po nim Kol przyciągnął ją bliżej do siebie. Patrzyli sobie w oczy nie odzywając się. Wreszcie Mikaelson powiedział, zbliżając twarz do jej ucha. Zabrzmiało to trochę jak szept, który wywołał ciarki na skórze mulatki.
- Wyglądasz pięknie.

Możecie mnie posiekać za scenę Klaroline ale ja właśnie takich ich kocham! Rozdział jak rozdział. Skoro prawie zawsze spoileruje to powiem, że w przyszłym fani Kennett mnie zabiją. A to dlatego, że nie będzie na ich temat ani słowa. Wiem, przepraszam ale w dziewiątce wam to jakoś zrekompensuje, obiecuję! Od razu mówię, nie wiem czy Was to ucieszy, czy nie ale w 10 rozdziałach się nie wyrobię! Ale skończę je już nie długi i będę częściej dodawać.  Mam już w sumie pomysł na takie miniopowiadanie 3-rozdziałowe ale nic nie zdradzam a oneshot'ów w głowie mam co najmniej 3! Teraz tylko przelać je na "papier". A no i pary jaki mi się tam zarysowują, mogą Was lekko zadziwić. No ale jak na razie jeszcze tego nie skończyłam. No więc do napisania! 
Guns N' Roses -  Sweet Child O' Mine
xxx

sobota, 9 sierpnia 2014

Rozdział VI

- Że co?! – głos Liz Forbes rozległ się po całym budynku, o il nie po całej okolicy. Stefan aż zacisnął oczy pod wpływem ogromnego uderzenia dźwięku w jego uchu. Co się jednak dziwić, to co przed chwilą usłyszała blondynka, miało ją pokrzepić, a wprowadziło w taki zamęt i takie zdumienie, że nie można było opisać tego słowami.
- Liz… - rozpoczął Salvatore, ale niestety szeryf mu przerwała.
- Stefan, powiedz mi jak to możliwe? – mimo, że jej głos brzmiał już lepiej, to i tak słychać w nim było mieszaninę: gniewu, złości, zdenerwowania i nie do wierzenia. – Jakim cudem Elena straciła pamięć? – młodemu mężczyźnie ciężko było na to pytanie odpowiedzieć, ponieważ sam nie miał o tym bladego pojęcia.
- Nie wiem, naprawdę nie wiem. – wolną dłonią potarł swoją skroń, a następnie usiadł na fotelu. Znajdował się właśnie w swoim pokoju, w tym zaraz obok jego brat, Gilbert i lekarz omawiali jej stan zdrowia. – Odbiliśmy Elenę, była cała skrępowana, jej ciało było powiązane. Utraciła przytomność, zabraliśmy ją do nas do mieszkania. Kiedy wreszcie się obudziła to nikogo ani nic nie pamiętała. Lekarz powiedział, że ta amnezja jest najprawdopodobniej spowodowana uderzeniem, które zostało jej zadane. – powiedział to co chwilkę wcześniej usłyszał od doktora.
- Czy coś jeszcze wiadomo? Są jakieś przypuszczenia kiedy odzyska pamięć? – zadawała kolejne pytania, ponieważ bardzo troszczyła się o zdrowie dziewczyny. Zaraz po śmierci jej rodziców obiecała sobie, że będzie ją chronić.
- Na razie to tylko tyle. – skomentował, chociaż po chwili dodał – Wiem jeszcze, ze ta utrata pamięci może być chwilowa. To znaczy, że wspomnienia wrócą albo nagle i wszystkie ale może być też tak, że pojawiać będą się stopniowo.
- To przynajmniej tyle – powiedziała Forbes siadając za biurkiem. Nie miała już sił do całej tej sprawy. Wszystko zaczynało ją przerastać. Praca, rodzina a w dodatku jeszcze zajęcia w organizacji. Teraz to zdarzenie. Wszystko było straszne.
- Jest też szansa, że pamięć nie wróci jej nigdy. – bardzo zimnym i wręcz z zająknięciami powiedział Stefan. – Ale ja mam nadzieję, że tak nie będzie. Pomożemy jej.
- To mnie pocieszyłeś – zironizowała go. Wtem do jej biura zapukał ktoś, zza drzwi wychylił się Tim. – Przepraszam Stefan ale muszę kończyć. Informuj mnie o wszystkim na bieżąco.
- Jasne, nie ma sprawy. – zgodził się a następnie rozłączył połączenie.

Mikaelson nadal siedział obok mulatki. Obiecał, że jej coś wyjaśni i musi teraz to zrobić. Była taka bezbronna, przestraszona ale mimo wszystko, mimo całych tych złych wydarzeń zaufała mu. To wzbudziło w nim radość. Popatrzył jej w oczy, nie oderwali spojrzenia od siebie, więc rozpoczął opowiadać.
- Sprawa nie jest łatwa. Widzisz, dawno, dawno temu Mystic Falls stanowiło miasto wszelkich kontaktów, wywodzili się z niego najbardziej postawni ludzie. Dlatego też pewne rodziny założyły organizację. Miała ona na celu zapewnienie bezpieczeństwa, poprzez kierowanie policją, szpitalami, sądami, czasami nawet prasą a we współczesnych czasach mediami. – zapatrzył się chwilę w okno, przez które wlatywały promienie słońca ale po kilku sekundach kontynuował. – Te rodziny, były głównym jej członem. Organizacja ma nazwę, „ALL” i kontroluje cały stan. Władza w niej przechodzi z pokolenia na pokolenie. Jest dziedziczona. Twoi przodkowie byli jedną z tych rodzin, tak samo jak przodkowie Eleny Gilbert i Caroline Forbes. Kiedy skończyłyście 20 lat, cała władza przeszła na Was. Niestety, nikt Ciebie ani twoich przyjaciółek w to nie wtajemniczył. Co było ogromnym błędem – dziewczyna, przysłuchiwała się jego opowieści. Nie do końca rozumiała lub po prostu nie wierzyła w jej sens. On mimo zdziwienia wypisanego na jej twarzy dalej mówił. - Od zawsze znajdywali się ludzie, którzy pragnęli przeszkodzić jej działaniom, w głównej mierze były to osoby, którym tylko i wyłącznie zależało na pieniądzach. Nie liczyło się dla nich dobro ludzi. Wiesz, dzięki temu bardzo łatwo można zająć wysokie stanowiska. I właśnie o to w tym mniej więcej chodzi. Nathaniel, bo tak ma na imię mężczyzna, którego już chyba widziałaś, chce przejąć kontrole. Chcę aby ludzie zaczęli uważać go za autorytet. Chcę aby organizację ujawniono, ponieważ zafałszuje on jej historię i stanie na piedestale. Gdyby teraz ukazano ją światu, nie miało by to cienia sensu, ponieważ tak czy inaczej to wasze rodziny nią kierują. – zamilkł więc dziewczyna postanowiła, że zada pytanie, które nie była pewna czy jest w stanie wypowiedzieć.
- Czyli on nas się chce pozbyć, dlatego tutaj jestem? On mnie zabije? – w oczach na nowo zaiskrzyły łzy. Nie chciała umierać, bała się. Teraz wyczekiwała na odpowiedź, która może być druzgocąca.
- Nie, znaczy się – zaczął się plątać, a to wcale nie napawało optymizmem Bonnie. – Taki był początkowy plan. Ten człowiek jest nieobliczalny myślał ,że skoro pozbędzie się wszystkich członków rodzin założycielskich to on przejmie władze, niestety tak by się nie udało. Zbyt dużo osób ma o nim już świadomość i trochę go zna. Więc, żeby mógł kontrolować ALL, musi mieć waszą zgodę. Musicie podpisać papier, jakieś akta, w którym zrzekacie się wszystkiego na jego rzecz. – błędnym spojrzeniem omiotła mężczyznę. Nie wiedziała, czy są to dobre wieści czy też nie.
- Więc jeśli podpiszę to, to będę wolna? – spytała z nutką nadziei w głosie.
- Teoretycznie tak, ale jak znam West’a będzie on i tak chciał się Was pozbyć. – powiedział coś, co przyprawiło Bennett o mdłości.  – Dopóki tego nie podpiszesz będziesz bezpieczna, ponieważ chcę on twojej zgody. To nie jest też takie łatwe. Jeśli osiągnie on to co chcę, to wszystko jest stracone. Ten mężczyzna poprowadzi nasz stan w totalną rozsypkę. Kto wie co mu się w głowie tworzy, kiedyś mówił że zostanie nawet prezydentem. To byłoby okropne dla całej ludzkości. – popatrzył na dziewczynę, która jakby dopiero teraz pojmowała cały ogrom sytuacji. Nastała cisza nikt się nie odzywał. Poczuła, że na swoich barkach nosi wielką odpowiedzialność. Teraz jakby wszystko jej się układało w głowie. W pewnym momencie brunetka jakby zaczęła się zastanawiać nad czymś innym. Mikaelson nadal się jej przypatrywał. Odwróciła ona głowę w jego stronę i zadała pytanie. Ciężkie pytanie, które zbiło go z tropu.
- Skoro tak o nim mówisz, to dlaczego dla niego pracujesz? Co z tego będziesz miał? – zdziwiło to trochę Kola, ponieważ nie spodziewał się takiego obrotu sprawy.
- Nie mogę Ci tego powiedzieć. – skończył i wstał z łóżka, dziewczyna nadal się w niego wpatrywała.
- Ale Kol… – nie zdążyła nic powiedzieć, bo jej przerwał.
- Skończmy temat, nie powinienem Ci nic mówić. Zajmijmy się czymś innym. – to mówiąc oddalił się w stronę przyniesionych przez siebie wcześniej przedmiotów. W nich był między innymi magnetofon. Podszedł on z nim do gniazdka i podłączył go. Do środka włożył jedną z płyt. Po pokoju rozległ się dźwięk piosenek zespołu Coldplay.

Otworzył lodówkę i wyjął z niej potrzebne produkty, aby przygotować coś do zjedzenia blondynce. Kiedy zaczął kroić pomidory jego komórka odezwała się. Odczytał SMS’a od swojego przyjaciela. Jego treść nie za bardzo wyjaśniała mu wszystko, ale dobitnie dawała do zrozumienia proste przesłanie.
„Elena ma amnezje. Nie mów nic Caroline.”
Próbował wyobrazić sobie co takiego mogło się tam stać. Zastanawiał się, czy szatynka zrobiła cokolwiek, co ich pogrążyło. Po chwili usłyszał jednak tupot i w kuchni pojawiła się panna Forbes.
Caroline musiała już drugi raz tego dnia się przebrać. Nie podobało jej się to, ale przecież nie będzie chodzić cała mokra od herbaty. Wchodząc znów do jadalni zauważyła, że mężczyzna wziął sobie jej słowa do serca i rzeczywiście postanowił przygotować  coś do zjedzenia. Usiadła przy stole i czekała aż skończy. Musiała całym swoim zachowaniem pokazywać, że nie wzbudza on w niej strachu.
- Proszę – powiedział z sarkastycznym  uśmiechem i postawił przed nią talerz z kanapkami. Wyglądały prawie tak samo, jak te poprzednie.
- Wreszcie – odpowiedziała z równie wyczuwalna ironią. Mężczyzna skomentował to głośnym śmiechem, po którym usiadł naprzeciwko dziewczyny. Patrzył jak jadła kęs po kęsie zrobiony przez niego posiłek. To spojrzenie powodowało, że czuła się skrępowana, więc od razu postanowiła, że coś na ten temat mu powie. – Teraz będziesz tak tu siedział i się na mnie gapił? – zapytała hardo. Mikaelson znów się roześmiał.
- Widzę, że zrobiłaś się odważniejsza. – zbył z początku jej pytanie, ale chwilkę potem postanowił na nie odpowiedzieć. – Chcąc nie chcąc muszę Ciebie pilnować. – znów wydął usta w uśmiech, mimo że miał być on sztuczny to wyszedł całkiem prawdziwie. Blondynce za to spodobały się słowa, że jest odważniejsza, postanowiła że będzie podtrzymywać tę wersje.
- Tak, więc teraz będziesz patrzył na wszystko co robię. Super! Bo przecież mogę zakrztusić się herbatą, albo kęsem kanapki. – znów chciała wyjść na z lekka arogancką, żeby pokazać mu swoją wyższość. Niestety jak na złość, kiedy po tych słowach pociągnęła łyk napoju, coś się stało, że zaczęła się krztusić. Klaus wstał, podszedł do niej i nie mocno ale skutecznie uderzył ją w plecy, co pomogło opanować sytuacje dziewczynie. Gdy się uspokoiło wszystko popatrzył na nią i w głos się roześmiał.
- No właśnie, mogłabyś się zakrztusić. – Znów się zaśmiał i mimo, że w Caroline wszystko się gotowało to mimowolnie jej usta też ułożyły się w uśmiech.

Tim wszedł do biura szeryf Forbes, gdy ta akurat kończyła rozmowę. Usiadł więc na krześle naprzeciwko, czekając w spokoju aż odłoży telefon komórkowy na bok. Ona również przysiadła, patrząc zmartwionym i zmęczonym wzrokiem na przyjaciela. Te oczy wyrażały tak wiele, że policjant był pewien złych informacji. Tak, czy inaczej chciał już je poznać.
- Więc co się stało? – rozpoczął rozmowę. 
- Elena ma amnezje. – odpowiedziała machinalnie. Jego oczy rozszerzyły się. – Nie żartuję.- dodała poważnym głosem.
- Ale jak to? – zadał to pytanie, wcześniej uspokajając oddech i opadając na oparcie krzesła. 
- Nie wiem, być może West zadał jej jakieś uderzenie. – mówiąc to jakby odpływała i próbowała wyobrazić sobie tę sytuacje. – Salvatorowie znaleźli ją w samochodzie, porzuconym w jeziorze. – kontynuowała. – Lekarz powiedział, że samo to zdarzenie mogło wpłynąć tak na jej psychikę. – głos jej był zimny i aż nadto poważny. Tim złapał ją za dłoń, zmuszając aby popatrzyła mu w oczy.
- Wszystko będzie dobrze. – słowa te padły, z pewnością, i Liz choć na chwilę w nie uwierzyła. Szkoda tylko, że zaraz potem na nowo wróciły do niej obawy.
- Mam nadzieję. – tym razem powiedziała to cichutko i niepewnie. W tym momencie nie była szeryfem. Była matką, kobietą, która bała się o los córki i jej koleżanek.  Brunet uśmiechnął się puszczając jej rękę i opadając znów na oparcie. Postanowił kontynuować rozmowę, wiedział, ze jest ona teraz bardzo potrzebna blondynce. 
- A co z Caroline? – Elizabeth wzdrygnęła się na te słowa. Dopiero teraz zrozumiała, że nie miała kontaktu ze swoim jedynym dzieckiem. Postanowiła, że zachowa jednak spokój.
- Klaus Mikaelson ją chroni. Nie wiem, gdzie są. – powiedziała.
- Czy ona… - zamyślił się na chwilę, zastanawiając czy może o to zapytać. – Czy ona już wie? Powiedział jej? – znów strach pojawił się u kobiety, tak samo jak wstyd. Żałowała, że jej o tym nie powiedziała, że nie uświadomiła jej wszystkiego sama. 
- Nie wiem – jej wzrok uciekł w stronę okna.
- Myślę, że powinna się o tym dowiedzieć. Jak znam Mikaelsona, to jestem pewny, ze nadal trzyma ją w nieświadomości. – spojrzała na przyjaciela.
- Skąd wiesz? – pytanie padło z nutką nadziei w głosie.
- Taki już jest. On wykonuje zadania w sposób jaki dostał na nie zlecenie. Tutaj musi chronić dziewczynę a nie wprowadzać ją w cały nasz świat. – odparł bawiąc się kostkami u rąk. Kobieta szybko wstała i znów złapała za telefon.
- Muszę do niej zadzwonić, powiedzieć jej.- mężczyzna znów złapał ją za dłoń uniemożliwiając jej wykonanie połączenia.
- To nie jest dobry pomysł. Najpierw zadzwoń do Klausa i zapytaj go o Caroline. Rozmowa może nie przebiec tak jakbyś chciała. W dodatku nie wiemy, czy przypadkiem Nathaniel w taki sposób jej nie namierzy. – zaczął tłumaczyć kobiecie. – Jeśli twoja córka nadal nic nie wie to napisz list. Zawiozę jej go. – po tych słowach Forbes zaczęła mocno się zastanawiać. Nie było to złe rozwiązanie. Skinęła jedynie głową, zgadzając się z nim. Puścił ją i odszedł w kierunku drzwi. Złapał za klamkę i je otworzył. Gdy już chciał wyjść i zamknąć je za sobą usłyszał głos.
- Tim… - odwrócił głowę w jego stronę. – Dziękuję. – powiedziała a na twarzy mężczyzny namalował się lekki uśmiech.

Stefan po rozmowie z mamą swojej przyjaciółki ze studiów, usiadł na łóżku i zaczął rozmyślać. Dziwił go jeden fakt, nie miał pojęcia gdzie jest Matt, a jeśli się tu pojawi to co mu powie? Teraz szybko musi wymyślić jakąś głupią historyjkę co się stało. Niespodziewanie w jego głowie znów pojawił się portret Kola. Ta cała informacja, że młody Mikaelson przeszedł na stronę ich wroga była dobijająca. Wolał, żeby teraz siedzieli w jakimś barze, żeby opowiadał mu jak cudowna jest Rebekah i że planuje z nią wspólną przyszłość. Nigdy przecież nie zamierzał walczyć ze swoim przyjacielem. Wstał i ruszył w kierunku drzwi, teraz przecież najważniejsze było, żeby Gilbert odzyskała pamięć. Chociaż nie! Bonnie! Nadal nie mieli pojęcia, gdzie się może znajdować. A jeśli tam się spóźnili, jeśli Nathaniel zrobił już z dziewczyną coś o czym nawet nie chciał myśleć? Wyszedł z pokoju i popatrzył na kobietę, która jadła śniadanie. Była taka zagubiona, teraz dopóki nie trafią na jakiś ślad mulatki muszą zająć się przywracaniem wspomnień szatynce. Wiedział, że mimo krótkiej znajomości jego brat na pewno będzie chciał się tym zająć. On bardzo polubił Elene.
- I jak się czujesz Eleno? – spytał, pełen nadziei, że może coś sobie przypomni.
- Głowa mnie już nie boli, ale niestety nic nadal nie pamiętam. – przy ostatnich słowach głos jej lekko zadrżał. Podszedł do niej i położył ręce ja jej ramionach. - Co mi się właściwie stało? -spytała.
- Jechałaś autem i uderzyłaś w drzewo. - skłamał blondyn, po czym dodał słowa pocieszenia - Nie martw się, odzyskamy twoją pamięć. – dziewczyna smutno się uśmiechnęła, odwróciła wzrok i skupiła się na jedzeniu. Stefan popatrzył na brata, który wydawał się bardzo przybity.

Nathaniel jechał swoim samochodem w stronę centrum miasta. Złość nie opuszczała go ani na sekundę. Przecież mogli by już mieć wszystko załatwione. Jadąc telefon zadzwonił a na ekranie wyświetlił się tylko napis „NIEZNANE”, mimo to mężczyzna odebrał połączenie w pośpiechu.
- Halo? – spytał, czekając aż ktoś po drugiej stronie się odezwie. Tak też się stało. West od razu rozpoznał go po głosie.
- Cześć. To ja. Mam dla Ciebie ważną informacje. – rozpoczął.
- Co jest? – zapytał, pragnąc aby okazało się, że Lockwood został znaleziony, przecież musi się z nim rozprawić, za jego brak umiejętności.
- Elena Gilbert się obudziła. Ma amnezje. Niczego nie pamięta, nawet tego kim jest. – po tych słowach na twarzy bruneta pojawił się ogromny uśmiech. Los mu sprzyjał.
- Świetnie. W takim razie jesteśmy o krok przed nimi. Uzyskam tą władze – powiedział to takim tonem, jakby to była oczywistość i pewność. – Dzięki za wiadomość. Obserwuj nadal i mnie informuj.
- Jasne. – skomentował chłopak, po czym rozłączył się.
Brunet nadal kierował autem, teraz emocje trochę już go opuściły. Skoro Salvatorowie nie wiedzą, o jego poczynaniach to znaczyło, że jest z przodu i może kierować grą. Cały czas jednak gdy tylko przypomniał sobie o Tylerze jego twarz napełniała się gniewem. Zaparkował pod jakimś barem, zamknął samochód i ruszył w stronę wejścia.

Elena poszła się położyć. Czuła, że tym mężczyznom może zaufać, chociaż nic o nich nie wiedziała. Tylko, że problem był w tym, że o nikim nic nie wiedziała. Mimo to od momentu, kiedy obudziła się w tym mieszkaniu ani razu od nich nie zaznała żadnej urazy. Byli dla niej mili i bardzo, ale to bardzo przejmowali się jej amnezją. Ona sama też się tego strasznie bała. Liczyła, że jej pamięć wróci i to w jak najbliższym czasie. Zastanawiała się nad jednym. Czy coś wcześniej łączyło ją z Damonem? Brunet cały czas się o nią troszczył, a to w jaki sposób na nią patrzy aż ją peszyło. Nie mogła zaprzeczyć. Podobał się jej. Zamknęła oczy, nie chcąc o tym dłużej rozmyślać. Pochłonął ją sen.

Brat z bratem zostali w kuchni, pijąc teraz kawę. Młodszy wręcz nakazywał starszemu Salvatorowi, że ma się położyć. To, że nie śpi od kilkudziesięciu godzin, nie pomaga nikomu. Spróbował przekonać go jeszcze raz.
- Elena poszła spać. Myślę, że też powinieneś się położyć. – zagadnął, a twarz mężczyzny nadal wyrażała tę posępną minę.
- Nie powinienem. Muszę czuwać. – skomentował i pociągnął łyk czarnego napoju.
- Ja też tu jestem, więc przez ten czas będę pilnował wszystkiego, a ty musisz odpocząć. Jak tak dalej pójdzie to West wyśle 8-latki, które w taki czy inny sposób rozprawią się z Tobą, ponieważ ty na nic nie będziesz miał sił. – Damon skomentował to uśmiechem. W głębi duszy cieszył się, że odzyskali Elenę, ale bał się, że jej amnezja może wszystko zmienić. Co prawda, nie znał dziewczyny bardzo dobrze, bo poznali się niedawno ale był przesiąknięty strachem, że teraz nie pamięta ona jak na imprezie na nią patrzył, jak rozmawiali i jak też ona na niego patrzyła. Już wtedy myślał, że z tej znajomości może wyniknąć coś ciekawego. A teraz jakby zero. Znajdowali się w punkcie początkowym.
- Może masz racje. – powiedział, bo rzeczywiście czuł, że wszystkie siły go opuszczały.
- Oczywiście, że mam. – blondyn wstał i nalał sobie drugą szklankę kawy. Uwielbiał ją. Zobaczył, że jego brat się zbiera i rusza w stronę łóżka. Na odchodne jeszcze mu dodał. – Nie martw się, wszystko sobie przypomni. A jeśli nie to musisz na nowo włączyć swój urok, którego nie masz. – Damon na te słowa wybuchnął śmiechem. Lubił kłócić się ze Stefanem. Nawet kiedy on próbował mu dogryźć, to i tak wiedział, że darzą się braterską miłością.
- Że też Rebekah się jeszcze na Tobie nie poznała. – powiedział te słowa i znikł za drzwiami aby i on odpłynął w błogi sen. Stefan uśmiechnął się.


Klaus wstał od stołu i udał się  w kierunku salonu. Caroline chwilę wcześniej skończyła jeść i poszła do siebie. Ta dziewczyna powodowała, że rozluźniał się w jej towarzystwie. Nie mógł stracić czujności, przecież to jego misja, poważna misja. Chociaż dziś przy śniadaniu nie czuł, że przetrzymuje tutaj dziewczynę. Śmiał się z nią. Nawet porozmawiali, jak gdyby nigdy nic. Tematy były błahe ale mimo to dowiedział się, że studiuje medycynę, a jej marzeniem jest podróż dookoła świata. Dziwiło go tylko, dlaczego dziewczyna o nic nie pyta. To, że jest odważna już zauważył, ale przecież chyba powinna domagać się odpowiedzi na kłębiące ją pytanie. Bo takie na pewno istniały. Co prawda, on i tak by jej nic nie wyjaśnił, bo nie leżało to w jego zakresie, ale skąd ona miała o tym wiedzieć. Być może wyczuła go. Być może, jest świadoma że niczego od niego i tak nie wyciągnie. W takim zamyśleniu usiadł na kanapie, zastanawiając się co dalej robić. Nie będzie przecież siedział i oglądał telewizji. To nie wakacje. Jego brat zajmował się Bonnie, więc może zadzwoni do niego. Niech ten poda mu adres a wtedy pozostali spróbują odzyskać dziewczynę. Ten świat jest strasznie zakłamany. West myśli, że ludzie są mu posłuszni a oni i tak współpracują z organizacją. Ciężko jest teraz o prawdę i szczerość, dlatego mężczyzna odosobnia się. Chce on, żyć w samotności, bo tak naprawdę boi się zranienia. Wyciągnął komórkę aby zadzwonić do brata, niestety jego zamiary przerwało nadchodzące połączenie. Odebrał bez zastanowienia.
- Liz ? – spytał, na nowo włączając zimny i bez uczuć głos.
- Tak Klaus, to ja. – odpowiedziała cicho. Nie miała zamiaru dłużej udawać. Nie była teraz szeryfem, była zagubioną i przestraszoną kobietą. Bała się o dalszy rozwój sytuacji. Mimo, że zawsze grała postawną i odważną, teraz nie miała na to sił. Wcale ją nie obchodziło, co Mikaelson sobie o niej pomyśli. On jednak potrafił odczytać ludzi. Domyślił się, że ta blondynka nie radzi sobie z tym wszystkim, jej ton głosu, który zazwyczaj służył do wydawania poleceń podczas akcji, gdzieś uleciał. Teraz można było usłyszeć jedynie niemal szept wypowiadany, przez zdesperowaną matkę. Chcąc przerwać krępującą ciszę, rozpoczął zdawać jej jakby raport, w końcu co jak co ale była jego szefem.
- Caroline jest bezpieczna – wypowiedział. On również nie chciał już się maskować i mówił to normalnym tonem, w którym można było się doszukać pocieszenia dla kobiety i oddania dla niej choć trochę spokoju. – Elizabeth, nie martw się. Zajmuję się nią. Myślę, że zrozumiała iż nie mam zamiaru jej skrzywdzić i strach nieco ją opuścił. – mówił te słowa, aby ją pokrzepić. Chciał na nowo wlać w nią siły, w końcu musi przecież się pozbierać. Muszą wygrać tę bitwę.
- Klaus – odezwała się wreszcie. – Dziękuję. – znów wyszeptała a do jej oczu napłynęły łzy.
- Liz, wiesz dobrze, że to moje zadanie. – powiedział, ponieważ słowa podziękowania lekko go zadziwiły.
- Klaus – znów zwróciła się do niego ciepłym tonem – powiedz mi…- przez jej gardło nie chciały wydobyć się te słowa, ale musiała o to go zapytać. – Czy ona… - jąkała się, ale on jej nie przerywał. -  Czy Caroline wie o co w tym chodzi? Wyjaśniłeś jej wszystko? – wydukała, znów zapadła cisza. Mężczyzna przerwał ją odpowiadając.
- Nie – tym razem to on szeptał, odchrząknął i głośniej znów potwierdził. – Nie. Nic jej nie mówiłem. Wydawało mi się…- szukał odpowiednich słów w głowie. – Wydawało mi się, że od Ciebie powinna się tego wszystkiego dowiedzieć. – Forbes poczuła się lepiej, właśnie coś takiego chciała usłyszeć.
- To dobrze – skwitowała. – Chciałabym, aby ktoś z moich ludzi podjechał do Was i przekazał jej wiadomość ode mnie. Nie mogę z nią porozmawiać przez telefon to by było zbyt niebezpieczne. – zatrzymała się na chwilę. – Chcę w liście opowiedzieć jej o wszystkim. – Blondyn stwierdził, że będzie to dobry pomysł.
- Dobrze, ale nie jestem za tym, by ktoś z Twoich ludzi tutaj przyjeżdżał. Napisz mi a będę czekał w wyznaczonym miejscu. Wezmę wiadomość i dam ją Caroline. Póki nikt prócz mnie nie wie gdzie się znajdujemy tym lepiej. – musiał się ubezpieczyć, bo skoro w załodze Nathaniela są osoby z nimi współpracujące, wszystko możliwe, że i ich organizacja jest zdradzana.
- Ok. – odparła. Kolejny moment ciszy – Jeszcze raz dziękuję. – powiedziała i miała zamiar się rozłączyć, jednakże chłopak dodał jeszcze coś.
- Będzie dobrze. – zdziwiło to nawet samego Mikaelsona, ponieważ nigdy nie pocieszał ludzi, ale teraz coś go tknęło, coś kazało mu to zrobić. Kobieta nic już nie odpowiedziała, rozłączyła się.
Elizabeth usiadła po raz kolejny tego dnia przy swoim biurku, zapaliła małą lampkę stojącą na nim. Odsunęła szufladę, z której wyciągnęła kartkę papieru i długopis. Zaczęła pisać a z jej oczu lały się strumienie łez.

Jestem znowu! Wiem mało Klaroline, mało Kennett, mało wszystkiego. No ale ja lubię takie długie wstępy, więc z góry przepraszam, chociaż mogę dać wam mały spoiler... w następnym będzie scena Klausa i Caroline, oraz Bonnie i Kola, z tym że jedna pozytywna a druga trochę mniej, ale co i jak to jeszcze zobaczycie... Tak myślę, i coś czuję że skończę to opowiadanie na 10 rozdziałach. Przepraszam! Nie umiem pisać dłuższych. Ale to nie będzie koniec, póki mam wakacje będę dodawała jeszcze oneshoty i może stworzę jakąś krótką miniaturkę? Pożyjemy, zobaczymy! Pozdrawiam! I dziękuję, za komentarze i wyświetlenia, jesteście świetni! 
The Ramones - Baby I love You.
xxx

środa, 6 sierpnia 2014

Rozdział V

Noc powodowała, że wszystkie domy wyglądały jednakowo. Nic nie dało się dostrzec. Urządzenie namierzające nie potrafiło dokładnie sprecyzować miejsca, w którym znajdowała się dziewczyna. 
- Cholera, gdzie to jest? – zaklął brunet, jadąc aż zanadto spokojnie i rozglądając się, w poszukiwaniu czegoś wyróżniającego się. Byli agentami od dawna, więc nie spodziewali się, że na dachu któregoś z budynków znajdą napis głoszący  „Tu znajduje się poszukiwana Elena Gilbert”. 
Damon utkwił swój wzrok w domy ustawione kolejno po lewej stronie, przez co prawie nie zauważył wyjeżdżającego samochodu z podjazdu naprzeciwko. Dosłownie w ostatniej chwili wcisnął pedał odpowiedzialny za hamowanie. Stefan poleciał do przodu a zaraz potem został odrzucony w tył, przez co boleśnie odczuł spotkanie z fotelem. – Co to za idiota?! – krzyknął, ponieważ nerwy wzięły nad nim górę. Kierowca czarnego samochodu patrzył wprost w oczy Stefanowi. Młodszy Salvatore skądś go kojarzył, niedługo zajęło mu ustalenie kim jest ten człowiek. Przecież to były chłopak Caroline. Wiedział trochę o nim, gdyż musiał poznać całą historię dziewczyn zanim się nimi zaopiekował. Co nie wychodziło mu najlepiej do tej pory. Brunet jeszcze chwilę patrzył na siedzących mężczyzn w aucie, a na jego twarzy zaczęło malować się przejęcie. Zaklął pod nosem i z piskiem opon ruszył prosto, podążając ulicą. Stefan skojarzył fakty. Nie był pewien dlaczego, ale coś w jego głowie, w jego podświadomości kazało mu ruszyć za tym człowiekiem.
- Jedź za nim! – krzyknął na swojego brata. – On ma Elene. – Te słowa padły z taką pewnością, że brunet nawet nie zamierzał pytać skąd on o tym wie. 
 Tyler miał świadomość kim są ci ludzie. Nie mogą go dopaść. Miał tylko pozbyć się Gilbert, więc skąd dotarła do nich informacja gdzie się znajduje. Jego plan był następujący. Wrzucić ciało dziewczyny do samochodu, nadal skrępowane a następnie miał pojechać nad jezioro i tam wyrzucić ją do wody. Nathaniel miał za duże znajomości, by policja się tym zajęła. To wszystko było dziwne. Organizacja, którą władały rodziny studentek miała kontrolę nad niemal wszystkim w całym stanie, ale ponieważ West miał zdolności przekonywujące, wiele ludzi uległo jego perswazji i przechodziło na jego stronę. Teraz jednak mimo wszystko był w kłopotach. Jeśli oni się zorientują, że to on przetrzymuje w swym aucie dziewczynę, zaczną go ścigać i nie wiadomo kto wygra tę walkę. Jego przypuszczenia się sprawdziły, gdyż zaraz po wystartowaniu ujrzał jadący za nim pojazd. Próbował dodawać gazu i przyspieszać, żeby jak najbardziej tracić kontakt z goniącym go samochodem. Jezioro znajdowało się blisko, wjeżdżał właśnie na trasę prowadzącą wprost do niego. Niewiele myśląc, przyłożył jeszcze bardziej nogę do gazu, i w taki oto sposób wpadł swym samochodem do wody. Dziewczynę wcześniej zamknął w bagażniku. Auto zaczęło się zanurzać, ale nie na tyle, żeby młody Lockwood nie mógł się wydostać. Dlatego zaraz po „zanurkowaniu” otworzył drzwi i w wodzie biegł w stronę brzegu, ponieważ to miejsce nie było aż tak głębokie. Kątem oka zauważył jeszcze jak Damon wyskakuje z auta i biegnie w stronę jego czarnego mercedesa, sekundę później dołącza do niego Stefan. Tyler wyszedł wreszcie na brzeg i biegł ile sił w nogach aby nie dać się złapać barciom Salvatore. 

  Jasne promienie słońca wpadały do pokoiku na piętrze opatulając twarz blondynki. Odwróciła głowę, chcąc jeszcze pospać ale mimo to nadal czuła ogarniające ją ciepło. Koniec spania – pomyślała Forbes i dopiero w tym momencie dotarło do niej wszystko co zdarzyło się wcześniejszego wieczora. Momentalnie otworzyła oczy, żeby przyjrzeć się pokojowi, w którym się znajdowała. Na pozór zwykłe mieszkanie nie miało w sobie nic strasznego. Szafa zrobiona z drewna, łóżko po drugiej stronie i biurko z fotelem. Zwykłe ale miało w sobie taki zimny wyraz, ponieważ brakowało jej tu cieplejszych kolorów, czy rozłożonych książek. Idealny porządek był wręcz czymś irytującym. Wstała z łóżka. Miała na sobie jedynie szarą za dużą koszulkę, którą znalazła na swoim łóżku wcześniejszej nocy po tym jak wróciła z łazienki. Mikaelson jak obiecał tak zrobił i przyniósł jej to ubranie. Podeszła do okna i usiadła na dużym parapecie. Znajdowała się prosto mówiąc w lesie. Wszystko otaczały tylko drzewa, które budowały przyjazną atmosferę. Ale dziewczyna nie czuła się wcale dobrze. Zdarzenia z ostatnich dwóch dni powodowały ogromne przytłoczenie. W dodatku ten mężczyzna. Był strasznie oziębły i nieprzyjemny. Mimo, że z początku intrygował dziewczynę, to teraz czuła do niego coraz większą niechęć. Bała się go, ale z chwili na chwilę to uczucie z niej ulatywało. Bo gdyby przecież chciał jej coś zrobić, to zrobiłby to już dawno. 
 Założyła na siebie wczorajsze ubrania, w kieszeni spodni wyszukała gumki do włosów i podchodząc do lusterka, które też znajdowało się w jej pokoju postanowiła że zepnie włosy. Każdy lok sterczał w inną stronę. Dzięki Bogu wczoraj nie nałożyła na siebie zbyt dużej ilości makijażu więc teraz nie wyglądała jak panda z rozmazaną czernią pod oczami. Spięła blond włosy w kucyka i kilka z niesfornych kosmyków zaplotła na palce aby zmieniły się w opadające loki. Niepewnie ale wyszła ze swego pokoju i zeszła po schodach. Zegar na kuchence wskazywał że jest 9.47 rano. Jak do tej pory nie natrafiła jeszcze na niezbyt lubianego przez nią człowieka. Otworzyła lodówkę i wzrokiem szukała w niej czegoś co nadawało by się do jedzenia. Wyciągnęła żółty ser i pomidory, przecież nie ma czasu na robienie czegoś innego. Kanapki będą najlepszym wyborem. Kiedy chciała zamknąć drzwiczki jej spojrzenie przykuł mężczyzna stojący w progu kuchni. Tym razem wyglądał inaczej, nie miał na sobie ciemnych ubrań, ale jasnoszary T-shirt i niebieskie jeansy. Czuła się dziwnie będąc w tym domu sam na sam z kimś o kim nic nie wiedziała. W momencie kiedy chciała się odezwać nieznajomy odezwał się do niej, wchodząc do kuchni. 
- W salonie stoi walizka z Twoimi rzeczami, spakowałem te najpotrzebniejsze. I tak nigdzie stąd nie będziesz wychodzić, więc to co jest tam spokojnie Ci starczy. – jego głos lekko złagodniał od wczoraj, ale dziewczynę zdziwiło coś innego. Dopiero teraz zauważyła jego akcent. 

- Ok. – odpowiedziała i w tym momencie uświadomiła sobie co chwilę wcześniej usłyszała.- Byłeś w moim mieszkaniu? Skąd miałeś klucze?- zaczęła robić mu wyrzuty, no bo w końcu jakim prawem on tam wszedł i tak po prostu spakował jej rzeczy.

- Byłem – odpowiedział.- Nie musisz się martwić, wszystko co zabrałem należy do Ciebie i jest w walizce. Nie jestem jakimś złodziejem. – nie wiedziała co powinna mu odpowiedzieć. Wkurzył ją. 

- A klucze? – chciała dopytać chociaż o to.
 - Wziąłem od Ciebie. – najzwyczajniej w świecie odpowiedział na to pytanie, po którym również tak jak ona podszedł do lodówki i wyjął z niej coś do zjedzenia dla siebie. Dziewczynę ogarnął strach. Był u niej kiedy spała. Co ten człowiek od niej chciał? Dlaczego nikt nic jej nie mówi?  Nie chcąc jednak kontynuować rozmowy, a być może wdać się w jakąś kłótnie, że jej prywatnych rzeczy należy nie naruszać, zostawiła zrobione przez siebie kanapki i podążyła do salonu aby zobaczyć co takiego spakował jej Klaus.

  Nathaniel siedział w swoim biurze i palił już czwartego papierosa. Nie potrafił uwierzyć, że idiota Lockwood nie wykonał tak prostego zadania. Miał tylko wyrzucić ciało dziewczyny do wody i niczym się nie przejmować. Była nieprzytomna, ponieważ sam on już ułatwił mu tę sprawę, ten jednak nawet w takim zadaniu zawiódł. Mężczyzna wstał od biurka i zaczął krążyć po pokoju. W tym momencie nie mógł tak samo postąpić z mulatką. Musiało minąć trochę czasu, bo skoro Salvatorowie namierzyli jedną z dziewczyn, to równie dobrze mogą sobie poradzić z odnalezieniem tej drugiej. Cała sytuacja musi się nieco uspokoić, musi ucichnąć. Tak postanowił. Wyjął więc swój telefon komórkowy i wystukał na nim wiadomość, którą wysłał do Mikaelsona.



„Przejęli Elene Gilbert. Na razie zatrzymujemy akcje. Nadal kontroluj sytuacje i zajmuj się Bennett. W razie potrzeby dzwoń. Gdy będziemy ponawiać akcje skontaktuję się z Tobą.”

  Odłożył urządzenie i uderzył ręką o deskę. Nadal był wściekły. W dodatku dostał informacje, ze Forbes gdzieś zniknęła. Wszystko powoli zaczynało się sypać. Myślał, że jeśli teraz porwie szatynkę, to wszyscy skupią się na blondynce, on będzie miał czas aby załatwić dwie z trzech dziewczyn a potem w łatwy sposób odbije ostatnią z nich. Co w sumie nie byłoby trudną sprawą, patrząc na to, że będzie ona chciała uratować życie przyjaciółkom i się podda. Ale w takim przypadku musiał zwolnić. Pozwolić, żeby sytuacja się uspokoiła a agenci, którzy działali w organizacji nie wytropili śladu mulatki. Zgasił papierosa a następnie z paczki wyciągnął kolejnego, którego sprawnym ruchem odpalił.

  Obudził ją huk rozsuwanych rolet a następnie promienie słońca wpadające do pomieszczenia. Podniosła głowę z otwartymi już oczami. Zauważyła tego samego mężczyznę, który był u niej wczoraj. Co on zamierzał zrobić? I od kiedy siedzi już w tym pokoju? Przechwycił on chyba jej zdenerwowane i zadziwione spojrzenie, ponieważ na jego ustach namalował się lekki uśmiech i od razu zagadnął do niej.

- Dzień Dobry, chyba Cię nie obudziłem? – jego spokój w głosie nie dał jednak spokoju Bonnie. Siedziała nadal na łóżku, przykryta pościelą. Nie wiedziała, czy odpowiedzieć. Kiedy błagała go o to żeby ją wypuścił, on bezwzględnie i kategorycznie odmówił. Dlatego też siedziała w tym miejscu bez jakiegokolwiek pojęcia o całej zaistniałej sprawie. – Widzę, że się nie odzywasz. – powiedział, po czym od razu dodał. – Na stoliku masz zostawione śniadanie, częstuj się bo chyba w gardle Ci zaschło. – mówił to tak jakby ona w ogóle nie została porwana i przetrzymywane przez nieznanych jej ludzi, z nieznanych jej powodów.

- Dlaczego mnie nie wypuścisz? – spróbowała kolejny raz, chociaż w głębi duszy pragnęła by to pytanie nie zdenerwowało szatyna.

- Już to omawialiśmy Bonnie, nie mogę. – na początku lekko zastygł i bała się, że wybuchnie, ale te słowa znów spowodowały że pojawił się u niego luz. – No to jesz, czy nie? – odszedł wreszcie od okna, przy którym już chwilę stał, wziął tace z posiłkiem i podszedł do dziewczyny.

- Nie chcę, nie wiem co to jest a raczej co w tym jest. – odpowiedziała pewnym głosem, który lekko zdziwił Kola. Mimo to na jego twarzy znów namalował się uśmiech.

- Jak dla mnie to zwykła jajecznica z bekonem. Może nie jestem światowej klasy kucharzem i znawcą ale w tym momencie raczej się nie mylę. – powiedział z nutką sarkazmu w głosie, ale natychmiast później uzupełnił swoją wypowiedź. - Nie martw się. Nie otruje cie to. – dziewczyna spojrzała jeszcze raz na tackę, potem na stojącego mężczyznę. Czuła w sobie głód już od dawna, ale wcześniej zdenerwowanie i strach go tłumiło. Odchyliła kołdrę, i wtedy spostrzegła, że nadal ma na sobie ubrania z nieszczęsnej imprezy. Chłopak zauważył jej spojrzenie i dezorientację, dlatego szybko się odezwał. 
- W szafie masz jakieś dresy i koszulki oraz czystą bieliznę. Weź i idź skorzystaj z toalety. Tylko się pośpiesz, żeby ci nie wystygło.- ruchem głowy wskazał jeszcze raz jajecznicę. Ona wstała i podeszła do drewnianego mebla. Nie wiadomo czemu, ale zrobiła tak jak jej polecił. Nie ze strachu, po prostu poczuła, że tak będzie lepiej. Kiedy już zabrała ze sobą wszystko co było jej niezbędne, oddaliła się w stronę łazienki. Do momentu aż nie usłyszał przekręcenia zamka w drzwiach, chłopak patrzył na znikającą postać. Usiadł na krześle obok stołu, myśląc o całej zaistniałej sytuacji. Wtem coś w kieszeni zaczęło mu wibrować. Wyciągnął swój telefon i przeczytał nadawcę. Zastanawiał się przez chwilę, co jego „szef” może od niego chcieć. Chcąc się dowiedzieć odczytał SMS’a. Jego treść go ucieszyła.

  Stanęła w łazience i pierwsze co to, szukała jakiegokolwiek wyjścia, czegoś gdzie mogła by uciec. Ale pomieszczenie to było dziwne. Niby była tam umywalka, prysznic, toaleta, lusterko i szafka najpewniej na kosmetyki i ręczniki ale nie zauważyła żadnego okna. Nic co pomogło by się jej stąd wydostać. Nie myśląc o tym dłużej zrzuciła z siebie brudną sukienkę. Ta była jej ulubioną, ale nie będzie miała z nią już miłych wspomnień, o ile tylko uda się jej opuścić to miejsce. Odkręciła kurek z woda i weszła pod strugi ciepłej wody. Ukojenie jakiego doznawała było tylko małą namiastką wynagrodzenia za ostatnie godziny. Mimo to nie chciała o tym teraz myśleć. Próbowała za to odgadnąć, odczytać tego mężczyznę. Rozumiała, że jego praca może właśnie na tym polegać. Ma się nią zajmować, podczas gdy jest więziona. Ale on był dziś dla niej miły i jego oczy nie zdradzały złych zamiarów. W tym momencie z jej brzucha wymknął się odgłos burczenia. Szybko namydliła się, umyła włosy i wyszła spod cieknącej wody. Ubrania, które miała ze sobą były w miarę na nią dobre. Bokserka mogłaby być numer mniejsza, no ale i tak cieszyła się z tego co ma. Otworzyła drzwi i wyszła aby wreszcie zaspokoić potrzebę jedzenia. Jej oczom ukazała się pustka, nikogo prócz niej w pokoju nie było.


  Dochodziła 12 w południe. Brunet siedział na łóżku, leciutko gładząc twarz dziewczyny. Był tak bardzo szczęśliwy, ze udało im się dojechać na czas. Kilka minut, może nawet sekund dłużej i Elena Gilbert odeszłaby z tego świata. Wspomnienia wcześniejszej nocy powracały do niego.

Kiedy Stefan nakazał mu jechać za tym samochodem od razu ruszył. Widział, że kierowca jedzie w stronę jeziora, ale prawdziwy szok doznał dopiero wtedy, gdy spostrzegł jak pojazd zatacza się do wody. Zahamował z całej swojej siły  i rzucił się biegiem do samochodu. Wewnątrz nikogo nie było, a pojazd coraz bardziej wypełniał się lodowatą wręcz wodą. Wtedy obok niego pojawił się młodszy brat i zaczął szarpać klapę od bagażnika. Woda utrudniała zadanie, jakim było otworzenie jej. Włożyli jednak w to całe swoje siły i ciągnąc mocno do góry wreszcie udało im się osiągnąć cel. Wewnątrz znajdowała się nieprzytomna dziewczyna, cała skrępowana sznurami. Momentalnie wyciągnął ją, ponieważ miejsce w którym leżała powoli zaczynało zapełniać się cieczą. Sprawdził oddech. Wyczuwalny. Nie przejmując się gdzie podział się ów dupek, który chciał zamordować Elenę, niósł ją do swojego samochodu. Kiedy się tam znaleźli odwiązał wszystkie liny jakie ją zaciskały i ułożył w wygodnej pozycji na tylnych siedzeniach. Potem wraz z bratem odjechali w stronę domu.

Siedział teraz na łóżku w skupieniu obserwując każdy ruch dziewczyny. Damon czuł jak całe napięcie z niego uchodzi. Lekarz powiedział, że za niedługo dziewczyna się obudzi, ale silne uderzenie spowodowało utratę przytomności. Dlatego teraz czekał, aż wreszcie otworzy ona swoje oczy. Dzisiejszej nocy nie przespał ani minuty, czuwał przy niej. Stefanowi kazał iść do drugiego pokoju spać a sam został w tym gdzie leżała poszkodowana. Tak naprawdę to nie wiedział, czemu to robi. Ale ta dziewczyna wydawała mu się niezwykła. I choć nigdy nie wierzył w zakochanie od pierwszego wejrzenia, tak teraz zaczynał zmieniać zdanie na ten temat. Trochę o niej wiedział. Kiedy przygotowywał się do akcji, szeryf Forbes szczegółowo opisywała mu całe życie dziewczyn. Miał świadomość ile Gilbert wycierpiała, w końcu straciła rodziców. A najprawdopodobniej nie był to przypadkowy wypadek. Musiała być silna, że wytrzymywała taki ból. Pozbierała się i poszła z przyjaciółkami do college’u.  Przyglądał się jej teraz. Była blada ale mimo to jej uroda nadal dawała o sobie znaki. Mimo rozczochranych włosów podobała mu się. Jeszcze raz przejechał dłonią po jej policzku. Teraz już było ciepłe a nie tak jak wtedy kiedy wyjął ją z bagażnika samochodu. Pod wpływem jego dotyku jej twarz drgnęła. Przyciągnęło to uwagę Salvatora. Budziła się. Powoli bardzo powoli jej powieki zaczynały się unosić. Czekał z niecierpliwością. Gdy już otworzyła swoje oczy, nie zobaczył w nich ulgi ale zdziwienie i… strach ?

- Elena jesteś już bezpieczna. – powiedział, przeczesując palcami jej ciemno brązowe włosy. Na jego ustach pojawił się ciepły uśmiech. – Wszystko jest w porządku. – Ale słowa które wypowiadał nie powodowały, ze dziewczyna zmieniła wyraz twarzy, wręcz przeciwnie zdenerwowanie, które się na niej malowało z chwili na chwilę rosło.

- Gdzie ja jestem ? – spytała, i zaczęła rozglądać się po pokoju.

- Spokojnie, spokojnie. – odpowiadał jej brunet. – Jesteśmy w mieszkaniu Stefana. – wzrok, który teraz utkwiła w mężczyźnie był taki obcy. Swoją dłonią chciał dotknąć jej ręki i ją pogładzić, ale ona szybko ją odsunęła.

- Kim ty jesteś? – zapytał drżącym głosem. Teraz i u Damona pojawiło się na twarzy zdumienie.

- To, przecież ja Damon, nie pamiętasz mnie? – odgłosy rozmowy obudziły młodszego brata, który wyszedł z pokoju patrząc na rozbudzoną dziewczynę. Jej wzrok przeleciał na blondyna.

- A ty kim jesteś? – wskazała na niego, ręką. Mężczyznom aż zabrakło tchu i nikt nic nie mówił, tylko wpatrywali się w dziewczynę. Co to miało znaczyć? Dlaczego ona ich nie pamięta? Widząc równie duże zdziwienie u obu chłopaków, dziewczyna zapytała o jeszcze jedną rzecz, która spowodowała ogromne zakłopotanie.  – Kim ja jestem?!


  Siedziała przed szafą i rozpakowywała przywiezioną przez blondyna walizkę. Zastanawiała się co takiego mógł jej spakować. Znalazła w niej kilka par jeansów, ucieszyła się bo mężczyzna wybrał jej ulubione. Prócz tego koszulki i bluzy. Dwa sweterki. Znalazła też parę czarnych i szarych trampek. Był nawet dres. Zaraz obok niego znajdowała się jej fioletowa kosmetyczka.  Mimo obaw jakie miała przed otworzeniem teraz musiała przyznać, że Mikaelson wybrał najlepsze ubrania i chyba najpotrzebniejsze. Na samym dole znalazła jeszcze swoją granatową sukienkę. Bardzo ją lubiła, ponieważ kupiła ją ostatnio za nieduże pieniądze a była urocza i na ciele Caroline prezentowała się świetnie. Ten fakt zdziwił trochę dziewczynę, bo po co zabrał on ją z jej szafy? I tak nie może nigdzie wychodzić, więc na co jej sukienka? Powiesiła ją na wieszaku i włożyła do szafy. Następnie osunęła jeszcze jedną kieszeń, tam miała znajdować się jej bielizna. Poczuła się trochę nieswojo, gdy uświadomiła sobie, iż on musiał przeglądać jej osobiste rzeczy. Odpędziła te myśli od siebie i dalej kontynuowała czynności sprzed chwili. Jej spojrzenie przyciągnął krwistoczerwony komplet. Tą seksowną bieliznę kupiła kiedyś jak chodziły z dziewczynami po sklepach. Nigdy nie miała jej na sobie, ponieważ od zniknięcia Tylera z żadnym mężczyzną się nie spotykała. Nie potrafiła uwierzyć, że ten motocyklista zabrał ją. Może miał to być głupi żart, ale i tak na twarz Caroline wstąpił rumieniec, kiedy zrozumiała co mógł o tym pomyśleć. Zamknęła drzwiczki szafy kiedy skończyła a walizkę zasunęła i odstawiła do rogu, mając nadzieję że już niedługo będzie mogła znów ją zapakować i się stąd wynieść. Usiadła na łóżku i wtedy przypomniała sobie, że kanapki które wcześniej przygotowała, nadal leżały na stole w kuchni. Przebrała się więc z wczorajszych ubrań i zbiegła po schodach aby napełnić swój brzuch jedzeniem.


  Klaus siedział nadal w kuchni, tym razem popijał herbatę. Dostał wczoraj wiadomość od Damona, która trochę podniosła go na duchu. Skoro jedna z dziewczyn była cała, drugą on jak na razie musiał się zajmować, to była w końcu nadzieja na odzyskanie i trzeciej. W końcu, przynajmniej wiedział że żyje. Jego brat go o wszystkim informował. A co do decyzji braci, to owszem był jeszcze zły, gdy pomyślał o akcji jaką wczoraj najprawdopodobniej przeprowadzili Salvatorowie, o ryzyku i wysokim poziomie adrenaliny, którą tak uwielbiał ale z biegiem czasu przyzwyczajał się do swojego zadania. Co do jednego musiał się zgodzić ze Stefanem. Ta blondynka nie była taka zła jak wcześniej o niej myślał. Pociągnął kolejny łyk herbaty i dostrzegł, że na blacie nadal stoją zrobione przez nią kanapki. Być może przestraszyła się jego i znów zaszyła w pokoju. Postanowił, że będzie od teraz dla niej milszy o ile się tak da. Co prawda, ona niczemu nie jest winna. Wziął więc talerz, ułożył na nim jedzenie a drugą ręką złapał za kubek z letnią już herbatką. Wychodząc przez próg, obejrzał się jeszcze aby zobaczyć, czy czegoś nie powinien jeszcze ze sobą wziąć i jej zanieść. Nie zauważył zbiegającej postaci, która pędziła w jego stronę. W tym momencie zderzył się z kimś. Talerz upadł i roztrzaskał się a kubek z napojem pomimo usilnego starania się aby opanować całą sytuację i tak wylądował na dziewczynie, której koszulka ociekała teraz brązową cieczą. 

- Przepraszam, chciałem… - nie skończył bo Caroline zlustrowała go takim spojrzeniem, jakby co najmniej kogoś właśnie zabił.

- Co chciałeś?!  -wykrzyknęła mocno podirytowana, nie dość że głodna to teraz po raz kolejny musi się iść przebrać. – To, że przywiozłeś mi ubrania, nie znaczy że mam zamiar przebierać się co 30 sekund! – znów podniesionym głosem mówiła, i  próbowała chociaż troszeczkę usunąć ogromną plamę ścierką. Było to raczej słabym pomysłem, bo tak czy inaczej zmienienie ubrań było konieczne.

- Przepraszam – jeszcze raz powiedział a na jego twarz wdarł się uśmiech. Rozbawił go występ dziewczyny. – Zostawiłaś kanapki, myślałem że się boisz ze mną jeść więc postanowiłem, ze Ci je zaniosę. – Mimika jego twarzy zdenerwowała jeszcze bardziej dziewczynę, bo jakim prawem mógł się z niej śmiać, a teraz jeszcze bezczelnie uważał że się go boi. Forbes postanowiła, że od teraz nie będzie się nim już przejmować i pokaże mu, iż jego przypuszczenia są błędne.

- Bać się? Kogo?- prychnęła. – Bo Ciebie na pewno nie. – znów się uśmiechnął. Podobała mu się jej determinacja. – Idę się przebrać – skomentowała, po czym pewnym głosem dodała, patrząc na rozbity talerz i tarzający się po podłodze ser z pomidorami. – Jak wrócę, chcę mieć zrobione kanapki, bo umrę z głodu. – popatrzyła mu w oczu i zrobiła jeden ze swoich sztucznych uśmieszków. Następnie odwróciła się i zamierzała wejść po schodach.

- Jasne, królewno! – odpowiedział z równie wyczuwalnym sarkazmem, zignorowała to.  

- Super! Jestem cała w herbacie, nawet bieliznę muszę zmienić. - skomentowała.

- Najlepiej na ten czerwony komplet. – usłyszała bardzo dobrze to co właśnie powiedział.

- Palant. – odkrzyknęła i zamknęła z trzaskiem drzwi do swojego obecnego pokoju. 


  Odłożyła już pustą tackę po jedzeniu na stół. Chociaż z początku nie była pewna, czy nie znajduję się tam żadna trucizna lub jakieś pigułki o dziwnym działaniu, to później przekonała się i zjadła przygotowane danie. Musiała przyznać, że bardzo jej smakowała ta niby zwykła jajecznica. Może to głód i niedożywienie spowodowało, ale mimo wszystko było dobre. Kiedy kładła sztućce obok talerza, widelec wypadł jej z rąk i uderzył o panele. Schyliła się po niego, a w tym momencie klucz w drzwiach zabrzęczał i jej oczom znów ukazał się szatyn. Niósł coś w rękach, ale dziewczyna nawet nie zdążyła się zastanowić co to takiego, ponieważ od razu się odezwał i wyrwał ją z zamyśleń.

- Smakowało? – spytał, po czym odłożył przyniesione rzeczy na koniec stołu i usiadł obok Bennett. Tym razem się nie odsunęła.
- Uszło – odpowiedziała a jej twarz, nadal miała poważny wyraz.
- To dobrze, bo co prawda może nie jestem w tym najlepszy ale od czasu do czasu potrafię coś przyrządzić. – popatrzyła na niego z ukosa, nie do końca rozumiejąc o co mu chodzi. A może rozumiejąc, ale nie chcąc w to wierzyć?
- Ty to zrobiłeś? To śniadanie? – chociaż pragnęła, żeby tak się nie stało to te pytania zabrzmiały trochę jak nie do wierzenie ale i pochwała. No bo zdziwił ją fakt, że Kol zrobił jej jedzenie.
- Ja.- powiedział, po czym dodał z uśmieszkiem – Mam jeszcze wiele zalet o których nie masz pojęcia. – na te słowa przekręciła tylko oczami. Co on sobie myślał?
- Chyba nie chcę wiedzieć – skomentowała a na twarzy Mikaelsona znów zaistniał ogromny uśmiech. Oderwała od niego wzrok, ponieważ dłuższe wpatrywanie się w niego źle na nią działało. Denerwował ją ten koleś. Mimowolnie jej spojrzenie powędrowało do przyniesionych przedmiotów, on poszedł za jej śladem, gdyż widział że dziewczyna na pewno zastanawia się co to przyniósł.
- A właśnie ! – rzekł, podchodząc do krańca stołu. – Jeśli już jesteśmy w temacie jak bardzo dobry jestem. – wziął do ręki stertę magazynów, jakieś książki i chyba płyty. – Przyniosłem Ci kilka rzeczy, żebyś się nie nudziła. – Bonnie popatrzyła na niego, mimo wszystko była mu wdzięczna, ale wolałaby się stąd wydostać a nie zajmować czas jakimiś lekturami.
- Dzięki. – burknęła i spuściła głowę, nakrywając się kołdrą. Chłopak zauważył, że myśli o czymś smutnym. Stał i wpatrywał się w mulatkę. Było mu przykro, że musi ją tu przetrzymywać. Była ładną, inteligentną, młodą dziewczyną, która nie miała pojęcia w co jest wpakowana. Gdyby kiedyś zobaczył ją w klubie lub na ulicy, pewnie chciałby się z nią umówić. Ale poznali się niestety tu i teraz. Brunetka podniosła głowę patrząc w oczy Kola. – Dlaczego nie możesz pozwolić mi stąd uciec? – zapytała a w jej oczach na nowo wzbierały się łzy. – znów poczuł ukłucie w sercu. Jego zadaniem było chronienie ludzi i zapewnianie im bezpieczeństwa a nie odwrotnie.
- To nie jest wszystko takie łatwe jak Ci się wydaje. Nie masz o wielu rzeczach pojęcia. – mówił spokojnie i opanowanie, pragnąc by dziewczyna dostrzegła to i być może w jakimś ułamku mu zaufała.
- To uświadom mnie. Powiedz mi o wszystkim. – tym razem nie powstrzymywała cieknących strug po jej policzkach. – Ja się boję Kol. Proszę. – Chłopak czuł jakby został właśnie uderzony kilkanaście razy. Potrafił być uparty i stanowczy, potrafił też grać oziębłego ale w tej chwili coś jakby w nim pękło, gdy widział w takim stanie kobietę. W dużej mierze było to jego sprawką. Podszedł do niej i odgarnął jeden kosmyk włosów za jej ucho. Po raz kolejny się nie odsunęła. Przetarł więc wierzchem dłoni spływające łzy. Spojrzał jej w oczu i chociaż wiedział, że złamie zasady pragnął jej wszystko opowiedzieć.

- Dobra – rozpoczął. – Postaram Ci się to jakoś wyjaśnić, ale wiedz, że gdyby coś, to nic nigdy Ci nie mówiłem. – dziewczyna skinęła głową i czekała z zapartym tchem na dalszy rozwój sytuacji. – Opowiem Ci wszystko, ale najpierw musisz uwierzyć mi w jedną rzecz. – zdezorientowana nadal wpatrywała się w jego oczy. – Musisz chociaż troszeczkę mi zaufać i wiedzieć, że z mojej ręki nic Ci się nie stanie, dobra? – patrzyła na niego nie wiedząc co ma powiedzieć. – Zaufasz mi? – spytał a ona była strasznie zdumiona. Chociaż sama nie był niczego pewna, to coś w jej świadomości kazało się zgodzić i mu przytaknąć. Minęła już spora chwila, a on nadal oczekiwał odpowiedzi. Z wahaniem ale po raz drugi skinęła głową, dając znak, że mu wierzy. Na jego ustach pojawił się promienny uśmiech.


Hej ! No to troszkę się podziało. Przyznam się, że początkowo chciałam uśmiercić Elenę, bo za nią nie przepadam. Ale potem doszłam do wniosku, że jednak w moim opowiadaniu nie lawiruje między braćmi więc niech żyje dziewczyna! Wiem, wiem jestem straszna, ale już nic nie poradzę. Oczywiście nie obiecuję, że jeszcze tego nie zrobię, hahaha. Dobra nie zdradzam, dalszej akcji. W sumie, to mam napisany dopiero jeden rozdział więcej, więc zbyt dużo i tak bym nie ujawniła, chociaż pomysł w głowie jest! Na zakończenie mam wielką prośbę (znowu!). Jesteś - czytasz - skomentuj! Bardzo to podbudowuje! Tak czy inaczej i tak bardzo dziękuję, za wszystkie dotychczasowe komentarze, jesteście świetni. Pozdrawiam cieplutko. A na koniec taki mały bonus ode mnie. Mimo, że wolę mocniejsze brzmienie to ten zespół od niedawna uwielbiam. Polecam! 
The Baseballs - Umbrella

xxx